Odespani wyruszyliśmy na podbój Tokio. Pierwsze kroki poza hotel i już wita nas deszcz Na szczęście bardziej mżawka niż ulewa, więc dzielnie szukamy miejsca, by zjeść śniadanie. Hotelowe śniadania to tradycyjna wersja japońska, większość uczestników tej wyprawy raczej nic tam do jedzenia nie znajdzie (zupa miso, ryżowianka, kiszone warzywa i wędzona ryba), więc postawiliśmy oryginalnie na ramen i kurczaka 🙂


Na pierwszy rzut zwiedzania poszło Muzeum Narodowe w Tokio, a w nim prace Hokusai, artysty znanego m.in. z cyklu barwnych drzeworytów „36 widoków na górę Fudżi”. Olo bardzo lubi szczególnie ten z „Wielką falą w Kanagawie”, jeden z chyba najczęściej powielanych motywów, kojarzących się z Japonią. Wysiadamy z metra, ubieramy się w przeciwdeszczowe kurtki, szybki rzut oka na mapę i wskakujemy w pośpiechu do muzeum. Pierwsza sala i szok! Obrazy o tematyce religijnej, chrześcijańskiej :O Tym razem dokładniejszy rzut oka na GoogleMaps’y i okazuje się, że jesteśmy w Muzeum Sztuki Zachodniej!!! Ha ha ha, pomyliłam muzea, szybko szukamy wyjścia i przechodzimy do właściwego budynku. Od razu pytamy o prace Hokusai i okazuje się, że nie są teraz wystawione, tylko schowane w magazynie. Byliśmy bardzo zawiedzeni 😦 Przechodzimy, więc kilka sal z różnymi eksponatami pocieszając trochę smutnego Olka i znudzoną Julkę, która nie może doczekać się miejsca wybranego przez z nią na zwiedzanie – tokijskiego ZOO. W ostatniej sali znajdujemy miejsce, gdzie można wykonać własną kartkę wykorzystując różne stemple z symbolami i wzorami kojarzącymi się z Japonią – co ratuje humor Julki 🙂



Czas na ZOO – tam mamy dwa cele – orły (Olo) i pandy (Julka). Okazuje się, że orły są w tak małych klatkach, że o lataniu to już chyba dawno zapomniały. Olo stwierdził, że wolał tego jednak nie widzieć Szukamy, więc pand, uwielbianych i kochanych przez Tokijczyków. Szybki research i już wiadomo skąd ta wielka fascynacja pandami.
W skrócie: 12 lat temu z Chin wypożyczono parę dorosłych pand, które 5 lat później zostały rodzicami. Narodziny małej pandy Xiang Xiang było ogromnym wydarzeniem. Zgodnie z umową dziecko po osiągnięciu drugiego roku życia miało wrócić do Chin. Jednak przez pandemię i późniejsze restrykcje powrót pandy opóźniano aż do lutego tego roku (2023). Tokijczycy nie mogli nie pożegnać ulubionej pandy. W związku z ogromnym zainteresowaniem publiki chęcią osobistego pożegnania misia, zorganizowano loterię 2600 wejściówek! Tylko zwycięzcy mogli przyjść i pożegnać Xiang Xiang. Wytrwali czekali podobno ponad 4h!
2 lata temu kolejne wielkie święto – mama panda urodziła bliźniaki! Tokijczycy oszaleli ze szczęścia. Teraz odwiedzający ZOO stoją w kolejkach, czasami baaaaaardzo długich (co sugerowały porozstawiane stojaki z taśmami, jak na lotnisku na security check), by zobaczyć Xiao Xiao and Lei Lei. Mieliśmy szczęście, raptem 20min czekania i mogliśmy obejrzeć słodziaki wcinające bambusy 😀





Czas na obiad, odpoczynek i ruszamy na dalsze zwiedzanie. Jedziemy do parku nad rzeką Sumida, gdzie można podziwiać różne rzeźby wykonane przez studentów Uniwersytetu Tokijskiego. Co prawda znaleźliśmy tylko jedną, ale widoki miasta (pomimo dużego zachmurzenia) były bardzo ładne.



Przeszliśmy przez most na rzece (Sumida River Walk) i dotarliśmy do kolejnego celu – wieży SkyTree – najwyższej wieży telewizyjnej na świecie.


Tutaj przy dobrej pogodzie widać Mount Fuji.



A teraz w pośpiechu przejeżdżamy na drugą stronę miasta, by zakończyć dzień w największym w Japonii Pokemon Center (zanim go zamkną o 20:00). Dla Olka to chyba najważniejszy punkt wyjazdu 😀 Na miejscu okazało się, że to po prostu duży sklep z wieloma [częściowo wykupionymi] produktami i oddzielną salą z automatami do gry. Nie przeszkodziło to dzieciakom w wyniesieniu ze sklepu dwóch siatek przytulanek i małych gadgetów, które ciężko kupić w sklepach w Europie.



Jeszcze szybka kolacja w losowo wybranym barze sushi (niestety bardzo niedobre, buuu) i przystanek w centrum gier…


Na reszcie można wracać do hotelu na zasłużony odpoczynek po dosyć wymagąjcym maratonie po Tokio.