Konnichiwa, cześć,
Zapowiada się zwiedzanie na mokro, od rana mocno pada, na szczęście z cukru nie jesteśmy. Po śniadaniu wsiadamy w prywatną bezobsługową kolejkę, którą jedziemy między wieżowcami na sztuczną wyspę na zatoce. Po mieście poruszamy się metrem, więc każdy z nas ma swoją kartę Welcome Suica, by szybko i łatwo płacić za przejazdy dowolnym środkiem komunikacji. Karty te służą również do płacenia w maszynach vendingowych czy w sklepach 🙂

Nasz cel: tokijska plaża Odaiba, tęczowy most (podświetlany w nocy z paneli
słonecznych) oraz statua wolności. W maju widziałam jedną w Paryżu, drugą dzisiaj w Tokio, do kolekcji brakuje mi tylko tej z NY 😉 Ze względu na deszcz Kuba i dzieciaki postanowili poczekać w centrum handlowym, a ja z Kuby rodzicami poszliśmy na spacer.

Gdy my podziwialiśmy widoki, Kuba i dzieciaki natknęli się na sklep z kartami Pokemon, Lego Discovery Center oraz bazarowy ciąg sklepików ze wszystkim możliwym 😉 Każdy był zadowolony ze swojej części.

Na szczęście przestało padać, uff… Kolejny cel buddyjska świątynia Sensō-ji (najstarsza w Tokio, ukończona w 645 roku) i Hoppy Street (uliczka wypełniona barami/restauracyjkami). Aby dostać się do świątyni trzeba się przebić przez tłum turystów chodzących od sklepiku do sklepiku. Nasi mali i duzi turyści wpisali się w nurt wyśmienicie 😉

Obiad w restauracji w stylu japońskim – zdejmujemy buty przed wejściem do sali ze stolikami i siadamy na tatami (na szczęście dla starszych pod stołem było miejsce na włożenie nóg). Jedzenie bardzo smaczne i przemiła obsługa.

W drodze do ogrodów cesarskich wskakujemy na kawę z pianką, ale jaką! Sami popatrzcie:

Ogrody cesarskie niestety zamknięte, ale daliśmy radę zobaczyć bardzo znany most Nijubashi i podziwiać dopracowane do perfekcji trawniki oraz drzewka bonsai w parku przed ogrodami.

Następnie przejeżdżamy do dzielnicy Shibuya: słynne zatłoczone skrzyżowanie, statua pieska Hachiko, który przychodził na tutejszą stację, by powitać swojego pana powracającego z pracy, nawet po jego śmierci; sklep Nintendo, a przy okazji kolejny sklep Pokemon i może jeszcze Disney, a na koniec ShibuyaSky z tarasem widokowym na dachu na wysokości 230m npm. Znowu zaczęło padać, trzymaliśmy mocno kciuki, by nie zamknęli tarasu tuż przed naszymi nosami. Yeah! Nie zamknęli, wjechaliśmy 🙂

Teraz jeszcze kolacja, czas na mięsko. Wszyscy zadowoleni, bo wołowina, makaron smażony i krewetki były bardzo smaczne. Obsługa w restauracji za każdym razem, gdy wchodzili nowi goście albo przyjmowane było nowe zamówienie, wznosiła okrzyk. To było ciekawe doświadczenie.

Ciekawostka zaobserwowana z codziennego życia: Japończycy spokojnie czekają w kolejkach, jeden za drugim, a przed restauracjami wystawione są krzesła bądź ławki, by czekanie na swoją kolej nie było zbyt uciążliwe.

Do następnego.